egoistycznie rozpływam się w ciemnościach
poza zasięgiem twoich oczu,
by nie rozszarpywała mnie
zazdrosna zaborczość twoja
i nie wulgaryzowała mojej osoby
słowami, które są tak dalekie ode mnie.
jestem sobą – to takie trudne,
by objąć mnie chwilą ciszy
nieprzemyślanej gęsto ulotnym zrozumieniem.
moje wady jak typa żółte zęby
tak zniechęcają by zobaczyć twarz
– tę prawdziwą tę odległą od jaw.
popełnione błędy przybierają postać
zaschniętego ognia na skórze
i szybsze są niż dotyk tkwi.
znów na zarzuty argumenty ciszy
przekreślają wszystko inne – tak małe,
że nie tłumaczy mnie już nic.
samotny jak noc, jak rdza kruchy,
samotną dłonią szukam lśniący nóż
i zamierzam uporządkować tę sprawę –
może przybierze sensowny kształt:
nie wiem, co myśleć – istnieję póki co...
na razie sznurówki rozcięte na pół…
2003-03-26











