Elektrownię atomową w Czarnobylu zbudowano na przełomie lat 70. i 80. Składający się z czterech reaktorów obiekt miał być największą elektrownią jądrową na świecie. Stała się ona – a konkretnie najnowszy blok czwarty, oddany w 1983 roku – miejscem największej katastrofy nuklearnej w historii. Kolejne reaktory – piąty i szósty były w budowie.
Przy okazji zaplanowanego na wiosnę roku 1986 remontu zdecydowano się przeprowadzić eksperyment. Jego celem było skontrolowanie, czy w przypadku awarii reaktora systemy bezpieczeństwa będą w stanie zapewnić jego chłodzenie do czasu aż zostaną uruchomione awaryjne silniki spalinowe.
Nie ta zmiana, nie ta procedura
Reaktor miał zostać odłączony od sieci 25 kwietnia 1986 roku. To był piątek. O planowanym doświadczeniu i niezbędnych do jego przeprowadzenia procedurach poinformowano pracowników porannej zmiany. Zgodnie z planem doświadczenia moc reaktora była stopniowo obniżana do poziomu 50 procent. Niestety, właśnie wtedy jedna z sąsiednich elektrowni nieoczekiwanie przerwała produkcję. Dyspozytornia mocy w Kijowie nakazała opóźnienie wyłączenia reaktora do godzin wieczornych. Chodziło o to, by zapobiec niedoborom elektryczności w ciągu dnia. Ostatecznie zgoda na wyłączenie reaktora została wydana po 23.00 czasu moskiewskiego.
W efekcie zmiana znająca procedury dawno poszła do domu. Pracownicy zmiany popołudniowej kończyli właśnie pracę. A przystępująca do niej zmiana nocna musiała z konieczności przejąć kontrolę nad reaktorem już w trakcie eksperymentu. Operatorem odpowiedzialnym za obsługę reaktora był młody inżynier – Leonid Toptunow – który miał krótszy niż trzy miesiące staż pracy.
Rozpoczęto redukcję mocy cieplnej reaktora z nominalnej – 3,2 GW do 0,7-1,0 GW. Ale po odłączeniu systemu regulacji moc spadła do 30 MW. Spadek został wywołany przez nagromadzenie się ksenonu 135, który silnie pochłania neutrony (tzw. zatrucie ksenonowe). Przy tak małej mocy eksperymentu nie dało się przeprowadzić. Próbując przywrócić moc reaktora, operatorzy popełnili błąd, który okazał się tragiczny w skutkach. Zaczęli usuwać kolejne pręty kontrolne. Więcej niż przewidywała instrukcja. Reaktor powoli zwiększył moc do 200 MW. Było to wciąż trzy razy mniej niż wymagał eksperyment. Mimo to nie przerwano go. O 1.05 zwiększono dopływ wody chłodzącej. Moc reaktora ponownie spadła. Wysunięto kolejne pręty kontrolne.
Reaktor został doprowadzony do stanu skrajnej niestabilności i pozbawiony kontroli dzięki prętów. W tej sytuacji automatyczny system bezpieczeństwa powinien wygasić reaktor. Ale operatorzy to zabezpieczenie wyłączyli.
Czarnobyl: 11 ton substancji radioaktywnych
Niedopracowany eksperyment prowadzono. Kiedy odłączony został dopływ pary do pomp, moc reaktora gwałtownie wzrosła. Kierownik zmiany bloku próbował uruchomić procedurę AZ-5, która wygasza natychmiast cały reaktor przez całkowite wsunięcie prętów kontrolnych. Mechanizm nie zadziałał. W ciągu kilku sekund moc reaktora wielokrotnie przekroczyła dopuszczalne normy. O 1.24 wzrost ciśnienia pary wodnej doprowadził do jej eksplozji wewnątrz reaktora. Kolejna eksplozja wodoru i tlenu wysadziła ważącą około 2 tysięcy ton pokrywę ochronną reaktora i zniszczyła budynek czwartego bloku. Do wnętrza reaktora wniknęło powietrze. Zapaliło się kilka ton grafitowych bloków izolujących reaktor. Paliły się przez 9 dni, uwalniając do atmosfery najwięcej promieniotwórczych izotopów. Szacuje się, iż do atmosfery przedostało się wówczas 11 ton substancji radioaktywnych. Płomienie pożaru sięgały 170 metrów wysokości.
Na miejscu w wyniku napromieniowania lub z powodu ran zmarło 31 osób. Przede wszystkim pracownicy elektrowni i strażacy. Tych ostatnich nie informowano, iż jadą gasić reaktor jądrowy. Nie dostali też żadnych zabezpieczeń.
Blok reaktora kilka miesięcy po awarii. Fot. WikipediaSkala skutków katastrofy po czterech dekadach przez cały czas przeraża. Liczbę śmiertelnych nowotworów, które rozwinęły się w grupie osób silnie napromieniowanych po awarii w Czarnobylu oszacowano na cztery tysiące. Liczbę zmarłych w wyniku napromieniowania oficjalnie oszacowano na poziomie 8 tysięcy, nieoficjalnie na blisko dwa razy więcej. Łącznie 600 tysięcy osób na świecie zostało narażonych na podwyższoną dawkę napromieniowania. Według Raportu Lekarzy przeciw Wojnie Nuklearnej, około 10 tysięcy osób w wyniku katastrofy w Czarnobylu zachorowało na raka tarczycy. Deformacji uległo 10 tysięcy dzieci przed urodzeniem. Zmarło pięć tysięcy niemowląt.
Tylko nie katastrofa
Władze Związku Radzieckiego ukrywały przed światem samą katastrofę i jej skalę. Ustąpiły dopiero po wielu dniach pod naciskiem opinii międzynarodowej. Ale jakieś wyobrażenie o skali skażenia daje choćby to, iż władze sowieckiej Ukrainy wyłączyły z produkcji rolnej i leśnej blisko 785 tysięcy hektarów gruntów rolnych oraz prawie 700 tysięcy hektarów lasów. Z terenu 100 km od elektrowni wysiedlono 300 tysięcy osób.
Prawdę o rzeczywistości ukrywały też władze polskie. Kiedy już oficjalne informacje się pojawiły, mówiły co najwyżej o awarii. Unikano słów wybuch, czy tym bardziej katastrofa.
– To w pewnym sensie było najgorsze, iż dowiadywaliśmy się o katastrofie pośrednio, ze źródeł zachodnich – wspomina profesor Józef Musielok, fizyk, emerytowany rektor Uniwersytetu Opolskiego. – U nas próbowano problem przemilczeć. Odbywały się przygotowania do pochodu pierwszomajowego i do Wyścigu Pokoju, który w dodatku miał prolog w Kijowie (wiele zachodnich ekip, w tym amerykańska, wycofało się z wyścigu; udało się zebrać jedynie 10 reprezentacji kolarskich, w tym tak egzotyczne jak Mongolia, Kuba i Syria – red.) To, iż promieniowanie jest podwyższone, potrafiliśmy stwierdzić, wystarczyło podstawowe narzędzie w fizyce jądrowej licznik Geigera. Ale brakowało precyzyjnych informacji o skali katastrofy i o jej przyczynach.
– Wielu z nas oglądało ostatnio serial „Ołowiane dzieci” o lekarce ratującej dzieci w Szopienicach przed ołowicą. Władze wtedy zachowywała się podobnie. Pamiętam, iż jak się dowiedziałem o Czarnobylu i przyjechałem do domu, dzieci sąsiadki bawiły się na podwórku. Powiedziałem, żeby je zabrała do mieszkania. Wiele więcej pojedynczy człowiek zrobić nie mógł. Żeby zablokować wchłanianie do organizmu promieniotwórczego jodu, trzeba było podać ludziom jod normalny. Robiono to, ale akcja była spóźniona – dodaje profesor.
Jod dla niemal wszystkich dzieci
Władze PRL początkowo próbowały naśladować Komunistyczną Partię Związku Radzieckiego w polityce dezinformacji i przemilczania problemu. „Trybuna Ludu” podała 28 kwietnia, czyli dwa dni po katastrofie, o odnotowaniu „pewnego wycieku substancji radioaktywnych”, powołując się na naukowców z… Nowej Zelandii. Tłumaczono to próbą atomową wykonaną przez Francję na Atolu Mururoa.
Niemniej, tegoż 28 kwietnia niedługo po piątej rano stacja monitoringu radiacyjnego w Mikołajkach odnotowała aktywność izotopów promieniotwórczych w powietrzu ponad 500 tysięcy razy większą niż zwykle. Dopiero około 18.00 rozgłośnia BBC podała, iż chodzi o Czarnobyl. Co pokazuje, iż sowieckie władze były w blokowaniu informacji o tym, co się w ich kraju dzieje, zaskakująco skuteczne.
Kolejnego dnia, 29 kwietnia, Biuro Polityczne PZPR powołało Komisję Rządową. Ta o 11.00 podjęła decyzję o podaniu płynu Lugola dzieciom i młodzieży. Na początek w 11 województwach północno-wschodniej Polski (było wtedy 49 województw). 30 kwietnia akcję rozszerzono na całe terytorium Polski. W kilkadziesiąt godzin stabilny jod podano blisko 19 milionom ludzi. W tym większości – ponad 95 proc. – dzieci i młodzieży do 17. roku życia. Wstrzymano wypas bydła na łąkach, zalecono niespożywanie świeżych owoców, warzyw i grzybów.
Nad reaktorem sarkofag
– Wiedziałem o katastrofie w Czarnobylu i wielu kolegów lekarzy w Opolu wiedziało – wspomina dr nauk med. Józef Bojko, ordynator Oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii Szpitala Wojewódzkiego w Opolu. – Szczególnie ci z nas, którzy mieli możliwość uzyskiwania nieformalnych informacji od kolegów lekarzy wojskowych. Oni sprawdzali dozymetrami, jaki jest poziom napromieniowania. Mówili nam, iż to napromieniowanie jest zbyt wysokie, żeby przejść nad nim do porządku dziennego. Pomysł z piciem płynu Lugola najpierw rozszedł się wśród medyków i ich rodzin, ale gwałtownie rozprzestrzenił się na wszystkich. Decyzja o jego podaniu była uzasadniona i odpowiedzialna, biorąc pod uwagę zagrożenie, a jednocześnie brak wiarygodnych, pewnych informacji. Była przykładem działania w rodzaju „lepiej zapobiegać niż leczyć”. Jej skala mogła być większa, ale z pewnością przyniosła więcej pożytku niż szkody.
– Gdyby nie okrągła rocznica, to być może byśmy dzisiaj już o Czarnobylu zapomnieli – przyznaje prof. Musielok. – Trzeba pamiętać, iż współczesne elektrownie atomowe z tamtym niebezpieczeństwem czy zagrożeniem nie mają nic wspólnego. W Czarnobylu popełniono poważny błąd. Polegał on na wyłączeniu automatyki dla wykonania eksperymentu. Tego się nie robi. Autorzy tego pomysłu nie zdawali sobie sprawy z czasu reakcji, na które – jak się okazało – człowiek nie jest w stanie zareagować i tych reakcji zatrzymać. Kiedy ruszyła lawina, nie było już na nią rady. Myśmy mieli i tak dużo szczęścia, bo wiatr nie wiał w naszą stronę. To nie był przypadek, iż jako pierwsze o zagrożeniu informowały agencje z państw skandynawskich.
Elektrownia w Czarnobylu ostatecznie przestała produkować energię w 2000 roku. Od 2019 zniszczony reaktor przykrywa potężny sarkofag zbudowany za niespełna 2 mld euro.
***
Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

2 godzin temu






