Człowiek, który przyjeżdżał z Niemiec, żeby ratować swoją małą ojczyznę

opowiecie.info 10 godzin temu

Nie był bogaczem rozdającym pieniądze. Był organizatorem. Łączył ludzi, przekonywał firmy, szukał sponsorów, załatwiał transporty. Wszystko zaczęło się po powodzi w 1997 roku. Zobaczył tragedię i zamiast współczuć przed telewizorem, wrócił do Niemiec i powiedział żonie, iż święta będą skromniejsze, bo trzeba pomóc powodzianom. Od tego momentu adekwatnie już się nie zatrzymał.

Liczby robią wrażenie. Ale nie one są najważniejsze

Przez dwadzieścia lat wartość przekazanych darów przekroczyła 4 mln euro – ponad 16 milionów złotych według ówczesnych wyliczeń. Dziesiątki ton żywności, setki transportów, sprzęt dla szpitali, domów dziecka, domów pomocy społecznej, strażaków, szkół, hospicjów i zwykłych rodzin.

Później tych transportów było już ponad trzysta. Sam mówił, iż czasem sponsor znajdował się na paliwo, a czasem trzeba było dołożyć z własnej kieszeni.

Nie pytał, kto na kogo głosuje

To chyba najbardziej niezwykłe. Pomagał wszystkim.

Do Czarnowąsów przywoził sprzęt dla strażaków. Do Nysy maseczki i rękawiczki w czasie pandemii. Do domów dziecka łóżka i wyposażenie. Do szpitali sprzęt medyczny. Dla seniorów paczki świąteczne. Kiedy wybuchła pandemia, wysyłał choćby przesyłki kurierskie za kilkaset euro, bo transport ciężarowy nie mógł dojechać. Gdy samorządy i instytucje gorączkowo szukały środków ochrony, Bernhard już je miał i organizował kolejne dostawy.

Najbardziej niezwykła była jego motywacja

Na pytanie, po co to robi, nie mówił o misji ani poświęceniu.

Mówił po prostu, iż największą zapłatą są uśmiechy dzieci i starszych ludzi.

To zdanie chyba najlepiej go opisuje.

„Mam ogromną satysfakcję. Uśmiechnięte twarze tych dzieci czy starszych, którym mogę pomóc… To jest największa zapłata.”

Nie zapomniał, skąd pochodzi

Choć od 1988 roku mieszkał w niemieckiej Vechcie, nigdy nie odciął się od rodzinnych stron. Urodził się w Szemrowicach, wychował w Zębowicach, mieszkał w Czarnowąsach. To właśnie tutaj zaczynał jako strażak ochotnik, tutaj działał społecznie i tutaj wracał przez następne dziesięciolecia.

Był po prostu dobrym człowiekiem

Dzisiaj bardzo łatwo mówić o pomaganiu. Jeszcze łatwiej wrzucić zdjęcie do internetu.

Bernhard Serwuschok robił coś znacznie trudniejszego. Co roku organizował kolejne transporty. Szukał darczyńców. Ładował ciężarówki. Jeździł tysiące kilometrów. I robił to przez prawie trzydzieści lat.

Nigdy nie oczekiwał wdzięczności. Strażacy z Czarnowąsów napisali po jego śmierci jedno zdanie, które jest chyba najpiękniejszym podsumowaniem jego życia:

„Po prostu pomagał, bo taki był.”

Nie każdy zostawia po sobie pomnik. Nie każdy ma ulicę swojego imienia.

Ale są ludzie, którzy zostawiają po sobie coś znacznie cenniejszego – pamięć setek rodzin, którym w najtrudniejszych chwilach ktoś po prostu wyciągnął rękę.

Bernhard Serwuschok był właśnie takim człowiekiem.

I dlatego jego odejście jest stratą nie tylko dla Czarnowąsów. Jest stratą dla całej Opolszczyzny.

Fot. Kapitan

Idź do oryginalnego materiału